Jan Pobożny popełnił całkiem ciekawy a przede wszystkim przyjemny w konsumpcji wpis: http://machavelli.salon24.pl/55662,index.html Sprowokował mnie on do pewnych przemyśleń zarówno odnośnie Platformy Obywatelskiej jak i natury ogólnej, którym ujście dałem poniżej.

 
Wspomniany autor wylicza dobre rady dla Polski z punktu widzenia obywatela i perspektywy długoterminowej. I całkiem dobrze kombinuje.

Ale problem w tym, że polityka, oprócz warstwy rozwiązań optymalnych (załóżmy, że coś takiego istnieje ;) ) ma drugą, dominującą warstwę, o której większość zapomina: bezpośrednim celem polityka jest zdobycie władzy i/lub jej utrzymanie. To jest jego funkcja celu - oczywiście pośrednio osiąga się to zapewniając obywatelom jakkolwiek zdefiniowany "sukces" (np. dobrobyt, bezpieczeństwo, etc) ale to tylko cel podrzędny. Ze względu na szereg czynników przełożenie jednego celu w drugi nie jest w cale jednoznaczne. Jest to przykład problemu pryncypała i agenta znanego z ekonomii czy finansów a analizą takich zjawisk zajmuje się teoria gier (jeżeli ktoś jest nieco matematycznie wyrobionych a nie zna tej książki to polecam: M. Osborne i A. Rubinstein „A Course in the Game Theory”). Ja poślizgam się trochę po powierzchni i pouprawiam sobie freestyle’ową analizę fundamentalną  w tym temacie.

 

Problem pryncypała i agenta w swej najpowszechniejszej analizowanej postaci występuje w spółkach: w większości z nich bowiem właściciele przedsiębiorstw (np. akcjonariusze w przypadku spółek akcyjnych) nie zarządzają bezpośrednio przedsiębiorstwem i choć sprawują oczywiście kontrolę(która oczywiście też kosztuje) nad prezesem i zarządem, to nigdy nie jest ona w pełni doskonała. Problem powstaje wówczas, gdy interesy właścicieli i zarządzających nie są tożsame - a z reguły nie są. Właścicielom zależy na maksymalizowaniu wartości przedsiębiorstwa podczas gdy funkcja celu prezesa to maksymalizowanie dzisiejszej wartości oczekiwanych przepływów pieniężnych z wynagrodzenia za zarządzanie. W związku z tym CEO może być zainteresowany realizacją przez spółkę projektów, które tworzą pozytywną wartość dla niego pomimo iż mogę generować ujemną wartość bieżącą netto dla spółki. Przykład – manipulowanie zasadami rachunkowości we własnych celach, preferencja wydatków (limuzyna niekoniecznie służy kreacji wartości dla właścicieli).

 

Oczywiście ten sam problem spotykamy na linii polityk(agent) – społeczeństwo (pryncypał). Przykład – realizacja projektu budowy peronu w małej miejscowości o ujemnej wartości bieżącej netto, realizacja wielkiego projektu o ujemnej wartości bieżącej netto ze względu na rozgłos takiego projektu (zjawisko znane jako ‘empire building’).

 

Poniżej wyliczam pewne systematyczne(globalne) i specyficzne (lokalne, polskie) cechy, które przyszły mi ad hoc do głowy i które moim zdaniem zwiększają koszty agencji w ten sposób, że wpływają na decyzje decydentów o nie-realizacji projektów, które zwiększałyby wartość naszego wspólnego przedsiębiorstwa jakim jest nasza kochana ojczyzna.

 

Cechy systematyczne:

1) globalizacja
 
Wraz z rozwojem technologicznym i instytucjonalnym poziom gospodarczych współzależności na świecie wzrósł o rzędy wielkości. Postępująca liberalizacja i integracja gospodarek wytrąca narzędzia sterowania z rąk polityków i innych decydentów gospodarczych (m.in. monetarnych) i implikuje mniejszy wpływ decyzji lokalnych na gospodarkę danego kraju. To może oznaczać większe ryzyko wypłaty z podejmowania niepopularnych decyzji dla polityków a czasem nawet spadek wartości oczekiwanej takiej wypłaty (koszt przecież takiej decyzji jest stały). Efektem może być mniejsza skłonność do podejmowania takich decyzji.

2) tabloidyzacja informacji

Wytwarzamy i przetwarzamy coraz więcej informacji. Przy założeniu w przybliżeniu stałej granicy zdolności absorbcji informacji w jednostce czasu naturalne jest, że jakość przechodzi w ilość. Nie sądzę bynajmniej, że kiedyś było w tym zakresie lepiej. Kiedyś po prostu dysponentami informacji były wąskie elity intelektualne i/lub polityczne, które na podstawie relatywnie – jak na swoje czasy - głębszych analiz podejmowały określone decyzje. Dziś informacja jest w znacznym stopniu bardziej demokratyczna a ponieważ i delegacje decyzyjne są demokratyczne, przeto nawet wybrane elity muszą brać pod uwagę nie tyle same zjawiska i zbiory decyzyjne co percepcję tych zjawisk i decyzji przez masy. A masowa informacja to informacja ociosana, uśredniona, przefiltrowana i zrównana do odbiorcy najgłupszego: informacja marketingowa wypiera informacje merytoryczną powodując, iż politykom nie opłaca się organizować poważnych debat i konferencji, którymi zainteresuje się dwóch studentów we flanelowych koszulach, bo w tym samym czasie i mniejszym kosztem mogą ulepić kilka bałwanów, co zostanie skrupulatnie odnotowane przez media czarno-białe i kolorowe, w tym może nawet pudelek.pl.
 

Cechy specyficzne:
 

1) profil elektoratu w Polsce:

 
Liberalny gospodarczo elektorat to maksymalnie do 0.2 społeczeństwa (to jest intuicyjny strzał, celowo z grubym hakiem jednak sądzę, że rozsądny w miarę).  Na tej flance PO nie ma praktycznie na razie żadnej konkurencji.  Sądzę, że dopóki JKM będzie zgrywał ekscentrycznego błazna dla snobów, trudno za takową uznać UPR. Naturalnie wobec takiego stanu rzeczy partia Tuska rzuca akcenty na pozostałą część pola bitwy – okupowaną przez mniej lub bardziej socjalną i roszczeniową część społeczeństwa, gdzie konkurencja jest i będzie ostra (swoją drogą ciekawe dlaczego zawsze na tym kawałku tortu koncentruje się prawie cały bój – wytłumaczenie ad hoc: mniejsze koszty).


2) poziom edukacji ekonomicznej w Polsce

Polskie społeczeństwo jest relatywnie słabo ekonomicznie wyedukowane (nie dziwota skoro nawet prezes NBP myli punkty procentowe z bazowymi ;) ) i słabo radzi sobie z ekstrahowaniem a nawet rozumieniem związków przyczynowo-skutkowych (takie są skutki deprecjacji nauk ścisłych w systemie edukacyjnym oraz krótki staż gospodarki rynkowej w Polsce), co z kolei powoduje, że ekonomiczne zależności o horyzoncie > 2 miesiące są poza percepcją sporej części wyborców. Automatycznie zatem rośnie rola marketingu politycznego i piaru, czyli po prostu ściemy. A to z kolei oznacza mniejsze polityczne ciśnienie na podejmowanie ryzykownych reform.